Przyjęło się pod określeniem „grafoman” rozumieć kogoś, kto pisze teksty pretensjonalne i pozbawione większej wartości. Jednak zgodnie z etymologią ten termin oznacza człowieka, czującego przemozny przymus pisania. Kogoś, komu proces tworzenia sprawia przyjemność, a mało któremu pisarzowi nie sprawia. W tym sensie prawie każdy literat jest grafomanem. Natomiast w sensie potocznym nie powinien nim być. Kłopot w tym, ze granica między grafomanią a niegrafomanią jest płynna i nieostra, i często zależy tylko od punktu widzenia.
Pisarz pisze na ogół, co mu w duszy gra, wyjąwszy literackich remiechów, którzy tworzą wyłącznie dla kasy i „pod publiczkę”. Ich też nie należy odsądzać od czci i wiary. Dają konsumentowi produkt, który mu przypada do gustu i tyle. A czymże jest pisarz bez czytelników? Są mu potrzebni jak powietrze i oddychanie nim. Szczęśliwie, jeśli uda mu się wprowadzić swe dzieło do obiegu, to jacyś tam zawsze się znajdą. A nuda sie jeśli ma „wejście” do wydawnictwa lub odpowiednią sumę kochanych pieniążków. Przy czym ten drugi sposób ma więcej wad niż zalet i raczej nie jest drogą do sławy. Jednak jest jakimś wyjściem. Mało co da się porównać z uczuciem, jakie ogarnia człowieka po wzięciu do ręki własnej, wydrukowanej książki i świadomości, że jest ona w sprzedaży. I lepiej na tym poprzestać. Jeśli spotka takiego literata coś więcej, niech przyjmie to jako miłą niespodziankę.
Od niedawna sama wydaję. Mam w planie wydawać dalej, póki starczy mi ciułanej na ten cel kasy, bo z wysyłania listów i tekstów do redakcji znanych wydawnictw już zrezygnowałam. Ostatnio jedna odpowiedziała odmownie, mimo że zapomniałam przez roztargnienie załączyć plik tekstowy – czyli jakiś redaktor odrzucił książkę nie wiedząc, co w niej jest, spojrzawszy tylko, czy autorką nie jest jakaś „ministrówna”. To mnie ostatecznie upewniło, że nie ma sensu pchać się tam, gdzie nikt człowieka nie chce. Zadowolę się tym, co mam – moje książki są dostępne i to starczy.
Może jestem grafomanką w obu znaczeniach, może tylko w jednym. Ale to, co daje nam szczęście, nie jest złudzeniem. Mnie daje szczęście to, że piszę i jestem czytana. Co będzie dalej, zobaczymy. Jak powiada znana piosenka „Gdy umiesz coś, docenią cię. A gdzie i kiedy, to już całkiem inna rzecz.” To pocieszające. Szczególnie dla takich jak ja.