Podobno nie ma się czym chwalić, gdy człowiek publikuje za własne pieniądze. Najpowszechniejszy zarzut to taki „Zapłaci, to mu wydadzą nawet największy badziew.”
Takie słowa zawierają sporo prawdy, jak dla mnie to nawet za dużo, ale na szczęście istnieją okoliczności łagodzące ciężar winy.
Po pierwsze, nawet „badziew” też trzeba napisać. Czy to jest takie znów łatwe, każdy może się sam przekonać. Niech spróbuje napisać książkę lub coś do książki podobnego, następnie opracować tekst i go wydać. Okaże się, że nie jest to wcale takie proste jak się zdaje. To ciężka praca, i wcale nie kończy się ona z postawieniem ostatniej kropki. Wręcz przeciwnie, to dopiero początek prawdziwej mordęgi. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że korekta – choć samo słowo brzmi stosunkowo niewinnie – to nieznośny ból tyłka, chyba że jest przeprowadzana na odczepnego. Jeśli korektorów nie boli tyłek, to potem czytelników będzie boleć głowa. Niezależnie od ich pracy autor też powinien sprawdzać drobiazgowo to, co odeślą mu do zatwierdzenia, inaczej otrzymując „gotowy produkt” może się boleśnie zdziwić. Powiem więcej, powinien sprawdzać tak długo, aż znienawidzi swój własny tekst. Dopiero wtedy może zyskać niejaką pewność, że niczego nie przeoczył.
Po drugie, co jest złego w udostępnianiu czytelnikowi swej twórczości na zasadzie selfpublishingu? Można postawić zarzut, że tekst nie został „zweryfikowany” przez profesjonalnego redaktora/krytyka. Tyle tylko że tak naprawdę to czytelnicy są tu w pełni bezstronni i tylko ich głosy mają jakąś rzeczywistą wartość. Ludzie, których zadaniem jest selekcja tekstów do druku pod kątem ich wartości marketingowej, mylą się zbyt często by uważać ich za wyrocznię. Bardzo dużo na ten temat napisał Robert Stiller, analizując przypadek Stefana Wiecheckiego, czyli popularnego Wiecha i wspominając własne doświadczenia. Można powiedzieć, że pan Stiller nie pozostawił suchej nitki na redaktorach i właścicielach wszelkich „normalnych” oficyn wydawniczych, a jest to człowiek mający niejakie prawo do wypowiedzi na ten temat.
Czy zatem młody autor powinien radośnie i bezkrytycznie korzystać z oferty znalezionej w internecie? No, co do tego zdania są podzielone. Po pierwsze musi mieć czym zapłacić. A po drugie musi sobie zdać sprawę z tego, że tych pieniędzy raczej nie odzyska. Albo też odzyska je w niewielkiej części. Pewnych sposobów na uniknięcie przykrych niespodzianek nie ma – wydawnictwo zawsze będzie zapewniać, że jest najlepsze na rynku i oferuje wspaniałe warunki. Tylko co z tego jest prawdą, zwykle okazuje się po czasie. Jeśli źle się trafi, sprawa jest właściwie beznadziejna, bo takie firmy działają w poczuciu całkowitej bezkarności. Umowy są tak sprytnie skonstruowane, by trudno było ugryźć gdy wydawnictwo w jakiś sposób nawali. Na wielu z takich umów brakuje tylko pieczątki ze standardowym hasłem „Śmierć frajerom”, bo ich treść da się wyrazić w hasełku „Płać i niech ci się nawet nie śni wymagać, bo już my cię urządzimy.”
Ponieważ dla przytłaczającej większości młodych autorów jest to pierwsza taka umowa w życiu, podpisują bez zastanowienia, a potem płaczą. Cóż, zyskują przynajmniej doświadczenie, a tego podobno nie można przepłacić.
Można oczywiście dokładnie prześledzić, jaką opinię ma w internecie dane wydawnictwo, ale potrzebne jest też nawiązanie korespondencji z ludźmi, którzy już korzystali z jego usług. Bywa tak, że słów krytyki nie ma w sieci wcale nie dlatego, że firma jest aż tak uczciwa, ale dlatego, że ludzie nie chcą narażać się na sprawę sądową za wpisany na jakimś forum gorzki komentarz. Zastraszanie niezadowolonych klientów nie jest bowiem żadną „miejską legendą”, a nieprzyjemną prawdą. Lepiej dowiadywać się „u źródła”, czyli od któregoś z autorów, a jeszcze lepiej od kilku, żeby porównać opinie. Można się z nimi skontaktować, jeśli się chce. W erze Facebooka nie jest to takie znów trudne.
Wiedząc to wszystko można sie załamać – albo uznać się za coś w rodzaju doktora Judyma i nieść swój kaganiec oświaty, dopłacając do tego interesu. Czasy nie są sprzyjające, ale ostatecznie i Judym, i Siłaczka też żyli w niesprzyjających. Czemu to ma służyć? Ano, zwykłe wydawnictwa idą na zysk i trudno się im dziwić. Z tego żyją. Wydają zatem to, co ludzie kupują w największych ilościach – proste kryminały, horrory i tanie romanse, czasem dorzucą biografię tego czy innego celebryty. Dział fantasy od lat bazuje na tych samych nazwiskach i tych samych ogranych motywach, bo po co ryzykować? A co ma robić czytelnik bardziej wymagający? No, zawsze może pójść do biblioteki. Albo poszukać w dziale selfpublishingu, gdzie jeszcze może dostać coś świeżego i niebanalnego. Taka prawda. Tylko że dla autora to mało pocieszające.
Co zatem, jeśli wgłębienie się w temat doprowadzi do tego, że zrezygnujemy z wydania swego dzieła? Cóż, zawsze to o jedno rozczarowanie mniej i o kilka tysięcy więcej w kieszeni. A wydawnictwa „normalne” można dalej bombardować. Nigdy nie wiadomo, a nuż się trafi?