Przydarzyło mi się ostatnio uczestniczyć w dyskusji na temat wartości recenzji publikowanych na blogach przez osoby często bardzo młode. W polemice brali udział autorzy różnej maści, czyli szufladowi, selferzy oraz wydający tradycyjnie. Jak to bywa w Polsce, dyskusja rychło przerodziła się we wzajemne dogryzanie, złośliwości i wycieczki osobiste, a sam temat zgubiliśmy po drodze.
Jak to jednak jest? Niejeden raz już byłam pouczana przez „prawdziwych pisarzy” (według p. Pollaka ja jestem nieprawdziwa, niech mu będzie) , jak należy pisać, by zadowolić krytyków i znawców. Kłopot w tym, że stanowią oni ułamek procenta czytelników – i, niestety, w tym ułamku czasem mieszczą się ludzie kwalifikujący tekst do druku. Taki pech, ale trudno. Wbrew częstej opinii w wydawnictwach nie siedzą idioci, można więc trafić na kogoś obiektywnego, choć niestety często redaktorzy kwalifikujący tekst do druku są braćmi bliźniakami krytyków z definicji „Słownika prawdy i zdrowego rozsądku”. Przytoczę ją na wszelki wypadek i przysięgam, że nie jest ona mojego autorstwa, co zresztą łatwo sprawdzić („Słownik prawdy i zdrowego rozsądku” aut. Kazimierz Bartoszewicz, na podstawie wydania z 1905 roku, wydawnictwo Epoka, egzemplarz z edycji roku 1989)
Któryś z satyryków powiedział, że krytycy są celnikami: przy rewizji puszczają z ukłonami wielkich panów literatury, na kontrabandę dobrych przyjaciół patrzą przez palce, a rewidują ostro tylko ludzi obojętnych sobie lub nieznanych.
Należałoby się zastanowić, dla kogo właściwie autor tworzy. Czy dla zawodowych krytyków, czy po prostu dla masowego odbiorcy, który na regułach teorii literatury nie zna się nic a nic? Taki odbiorca może co najwyżej powiedzieć, czy książka mu się podobała, ale często nie umie uzasadnić swego zdania i umieć nie musi. Nie taka jest jego rola. Ja też nie muszę uzasadniać, czemu smakuje mi jedno, a nie smakuje drugie, a przecież kupuję to pierwsze.
Blogerzy dość często nie umieją pisać recenzji. Ich wypowiedzi bywają chaotyczne i niezgodne z regułami sztuki recenzenckiej. Potrafią jednak dobitnie powiedzieć: ta książka mi się podobała, a ta nie. Szczególnie to jest cenne w przypadku blogera, który nie współpracuje z żadnym wydawnictwem, a dostaje książki bezpośrednio od autorów. Nie można takiemu zarzucić, że „wystawia laurkę”, bo boi się zerwania współpracy. Nie, jeśli autor go znudził lub zniesmaczył, po prostu nie będzie chciał innych jego książek i może napisać, co chce. I o to chodzi. O opinię przeciętnego czytelnika, nawet bardzo młodego i niewyrobionego literacko, dla którego – horrible dictu! – fakt firmowania autora przez wielkie wydawnictwo czy też wstydliwy selfpublishing to najmniej ważna cecha czytanej książki.
Może jestem w tym niekonwencjonalna, ale dla mnie opinie blogerów są bezcenne, nawet gdy zawierają się w kilku zdaniach o treści mniej więcej takiej:
- Ta książka to nie moje klimaty i nie zainteresowała mnie
Albo:
- Ta powieść jest strasznie drewniana i znudziła mnie, choć lubię ten gatunek.
Taką recenzję opłaczę, wyzłoszczę się… i później wyciągnę wnioski. Oczywiście, że wolę te brzmiące:
- Bardzo ciekawa lektura, na pewno sięgnę po inne pozycje autorki.
Nie mogę jednak tego wymagać. Wysyłam książkę, ale nie kupuję opinii. Ona ma być szczera, nawet jeśli będzie niezdarnie sformułowana. Z niej poznaję, co czytelnikom w określonym wieku się podoba, a co nie. Na przykład wiem już, że choć moja seria „Wiedźma z Podhala” teoretycznie jest adresowana do młodzieży, najbardziej podoba się starszym paniom. To ważna wskazówka dla mnie jako pisarza – nie mam ręki do książek dla nastolatków. Skąd bym to wiedziała, gdyby nie blogerzy? Nie znam osobiście nastoletnich czytelników, a gdybym znała, pewnie krępowaliby się powiedzieć, co naprawdę myślą.
Reasumując: opinie blogerów recenzujących amatorsko książki to odzwierciedlenie opinii danej grupy odbiorców i właśnie dlatego są absolutnie nie do przecenienia. Co z tego, że nie mają oni mandatu „wielkiej literatury”? I tak w Polsce prawie nie ma dziś krytyków literackich z prawdziwego zdarzenia, popularni są za to niespełnieni literaci, uwielbiający udawać znawców i wyżywać się na innych. No i jakoś nic im nie mówi fakt, że często opluwany przez nich i nazywany pogardliwie grafomanem autor jest ogromnie lubiany przez czytelników, a wynoszony pod niebiosa zdobywca prestiżowych nagród literackich ma bardzo słabe wyniki sprzedaży.